Ja i ten Pan.

Dwa krótkie słowa. Americana w imię Szatana. W sumie to trochę więcej niż dwa, ale singiel, o którym mam zamiar napisać wart jest więcej niż dwóch słów i to nie tylko ze względu na miodność jaką, mimo wszystko, niesie ze sobą, ale także ze względu na kontrowersje otaczające premierę. Kontrowersje dotyczące przede wszystkim zmiany stylu przez czołowego polskiego satanistę, czyli Nergala. Mowa oczywiście o „My Church is Black” nagrane z Johnem Porterem pod szyldem Me and That Man.

Żeby nie było, na wstępie zaznaczę, że utwór mi się podoba. Nie urwał mi dupy, nie sprawił, że zmieniłem muzyczne upodobania, nie doznałem dzięki niemu objawienia. Jest poprawny. O klipie wypowiadać się tu nie będę, mógłbym podać co do tego milion powodów, silić się na ideologię, że tu chodzi o muzykę itp. Nie. Po prostu jest skrajnie zwyczajny. Ad rem, znowu mamy do czynienia z burzą w branży i znowu wścibiam w to swój nos. Tak jak napisałem wcześniej, jest to poprawne. Jest ok. Niestety niewiele więcej można o tym kawałku powiedzieć. Ot i kawał poprawnej americany, takie sobie country ku czci Szatana, bez żadnego „jaja”. O ile w pierwszej chwili piosenka, a zwłaszcza motyw przewodni, wzbudziła mój zachwyt, tak po kilku(nastu, przyznaję się bez bicia) przesłuchaniach zachwyt minął. Może to kwestia osłuchania, może podejścia, może tego, że brakuje w tym wszystkim poetyki, charakterystycznej dla gatunku, który duet próbuje tu uprawiać. Umówmy się jednak, fakt, że ktoś , kto przez kilkanaście lat spuszczał kawał zajebistego łomotu, nagle postanawia spróbować czegoś nowego, mimo wszystko jest, jak najbardziej, godny podziwu. Ale nie ma co drzeć szat, nie zbliżyło się to nawet do poziomu czołowych przedstawicieli nurtu piosenek, które na myśl przywodzą bezdomnych, duszne bary i zdecydowanie zbyt duże ilości alkoholu. Duch Złego też ledwo tu przemyka.

I to w zasadzie tyle. Więcej dopiszę jak wyląduje cała płyta. Póki co nie ma tragedii, ale majtki też nie spadły mi z zachwytu. 

A brzmi to tak.

Gdzież są niegdysiejsze core’y?

Czas najwyższy przelać na łamy Internetu swoje gorzkie żale związane z premierą singla „Doris” Suicide Silence. Zespół znany do tej pory z ciężkiego bicia nas po głowie i uprawiania muzyki, którą moja ukochana zwykła nazywać pieszczotliwie „cegłą w pralce” bądź „piłowaniem kaloryfera” jakiś czas temu obwieścił nam dumnie, że na najnowszym krążku znajdą się czyste wokale. Przez środowisko przemknął pomruk niezadowolenia, ci co bardziej nerwowi zaczęli wieszczyć rychły galop Czterech Jeźdźców, a ja czekałem cierpliwie, bo w przypadku takiego Whitechapel podobny eksperyment nawet się udał, a przynajmniej nie powodował krwawienia z uszu. Czytaj dalej Gdzież są niegdysiejsze core’y?

O Furii rzecz krótka

O „Księżyc milczy luty”, czyli najnowszym wydawnictwie zespołu Furia napisano już wiele, a i w branży wypowiedział się na jej temat praktycznie każdy. Co mi, jako człowiekowi, który z pasją wtrąca swoje trzy grosze do każdej dyskusji niespecjalnie przeszkadza. I zgodnie ze swoją pasją właśnie to mam zamiar uczynić. Czytaj dalej O Furii rzecz krótka

TOP Wszech Czasów 2017- dziesiątka Jędrka

Po Top 10 Adama i Szymona przychodzi czas na mnie, witam wszystkich tu Jędrek. Jako jednostka nie bardzo będąca w stanie podporządkować się regułom, stworzyłem swoje prywatne Top 11 i nijak nie byłem w stanie żadnego arcydziełka z tej listy wywalić, trudno więc, pozostanie wyjściowa jedenastka. Jedynym ograniczeniem jest to, że na liście może się znaleźć tylko jeden utwór danego wykonawcy. Kolejność w zasadzie przypadkowa, do dzieła! Czytaj dalej TOP Wszech Czasów 2017- dziesiątka Jędrka

Top Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Szymona

Stworzenie własnego zestawienia dziesiątki najlepszych utworów w historii jest nie lada wyzwaniem. Głównym problemem jest kryterium ich doboru- stopień skomplikowania, użyte harmonie, progresja akordów, osiągnięty sukces czy może po prostu personalne, sentymentalne upodobania? Jest to zaiste pytanie należące do gruntu filozofii muzycznej oraz temat rzeka na dalsze rozważania, jednakże na potrzeby tego artykułu postanowiłem przyjąć formę eklektyczną i połączyć wymienione przeze mnie elementy w jedną całość. Trójkowy TOP Wszech Czasów to twór na tyle specyficzny, że podejście do niego wymaga dokonania pewnych założeń. Co roku notowanie jest dość podobne (z niemal oczywistym już zwycięstwem Brothers in Arms zespołu Dire Straits oraz debiutem niektórych utworów Davida Bowiego), więc lista ta nie będzie jakoś radykalnie odbiegała od realnych „TOPów”, składając się tylko z pozycji, które już wcześniej się na nim znalazły. Żałuję, że nie będzie więc miejsca dla takich muzycznych tuz jak Tool albo Mike Oldfield (ze swoim słynnym Tubular Bells), ale ranking ma na celu pozostać tylko błagalnym, lecz w miarę racjonalnym wołaniem o jakiekolwiek zmiany w czołówce 1 stycznia 2017 roku.
Czytaj dalej Top Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Szymona

TOP Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Adama

Zbliża się koniec roku, co dla fana muzyki oznacza także głosowanie na TOP Wszech Czasów – zestawienie dorocznie robione przez radiową Trójkę, nieprzerwanie od 1994 roku. Oto moje propozycje do TOPu. Zanim jednak ktoś się zdziwi dlaczego nie wybrałem wszystkim znanych utworów, które są uważane za arcydzieła muzyki rockowej, muszę wytłumaczyć jaki był klucz doboru utworów przeze mnie. Ułatwił mi on wybór numerów, a także sprawił, że moje propozycje są bardziej zwróceniem uwagi na niedoceniane, moim zdaniem, utwory. Po pierwsze, ze względu na to, że w maju jest osobny Polski TOP Wszech Czasów, to nie brałem pod uwagę polskich wykonawców. Dalszym krokiem było odrzucenie piosenek, które były w ostatnim notowaniu – aby wyróżnić te, które uważam za niesłusznie pominięte. W dalszym ciągu jednak miałem problem z wyborem swojej dziesiątki. Wtedy postanowiłem, że należy wyróżnić te zespoły, które w ponad dwudziestoletniej historii TOPu nigdy nie miały szczęścia znaleźć się w notowaniu. Oto moja dziesiątka nieobecnych w zestawieniach. Osobiście zachęcam do głosowania na takie „zapomniane” numery, aby skład utworów z TOPu zmieniał się bardziej niż było to w ostatnich latach, gdzie około 80 piosenek ma już swoje stałe miejsce.

Czytaj dalej TOP Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Adama

2005 YU55

coma

Wiele osób Comy nie lubi aktywnie, powodem jak mniemam jest dość prymitywny wizerunek zespołu, kojarzonego do tej pory z mocnym rockiem okraszonym tekstami lidera grupy Piotra Roguckiego. I choć najnowsza płyta to dzieło z tym wizerunkiem  jakby zrywające, to przewiduję, że wielkość bazy fanów ma raczej tendencję spadkową, paradoksalnie, bo 2005 YU55 to dojrzały, bardzo dobry album.

Czytaj dalej 2005 YU55

Ten gorszy brat „Nocy w Operze”.

Na początku 1975 roku stan finansowy Queen był opłakany. Pomimo całkiem niezłej sprzedaży albumu Sheer Heart Attack i komercyjnego sukcesu singla Killer Queen, zespół nie otrzymał dużej części należnego im wynagrodzenia ze sprzedaży. Wszystko to było spowodowane kruczkami prawnymi oraz przebiegłością ich dotychczasowego menadżera Normana Sheffielda. Dlatego też postawiono wszystko na jedną kartę nagrywając „A Night at the Opera”– dzieło na wskroś wybitne, wytaczające nowe horyzonty w ówczesnej muzyce rozrywkowej. Widząc sukces pójścia w takie klimaty, postanowiono stworzyć swoistą muzyczną kontynuację wydając w 1976 roku „A Day at the Races”.

Czytaj dalej Ten gorszy brat „Nocy w Operze”.

Najlepszy album XXI wieku?

Mike Oldfield powiedział kiedyś w wywiadzie, że w muzyce wszystko zostało już wymyślone, a współcześni artyści zajmują się jedynie powielaniem lub dopracowywanie schematów, których autorami byli choćby Pink Floyd lub Black Sabbath. Rzeczywiście, w tym twierdzeniu jest trochę racji- trudno jest bowiem dziś znaleźć coś oryginalnego, coś przełomowego, co mogłoby być wzbudzić zachwyt kilkadziesiąt lat później od wydania. Jeżeli jednak istnieją jakiekolwiek wyjątki od tego stwierdzenia, jednym z niewielu takich przypadków mógłby być zespół Tool ze swoim najsłynniejszym albumem z 2001 roku pod tytułem „Lateralus„.

Czytaj dalej Najlepszy album XXI wieku?