Wyjątkowo smętna smęta

Sformułowanie stanowiące tytuł tego wpisu to z moich ust najpiękniejszy komplement na jaki mogę się zdobyć. To cząstka osłupiającej beznadziei Leonarda Cohena i dramatycznego pogodzenia z losem późnego Johnny Casha. To też syndrom bycia niezrozumianym przez świat i społeczeństwo, tak głośny w muzyce Neila Younga. Tym razem, oczywiście trochę na wyrost, rzucam ten komplement w kierunku niejakiego Limboskiego i jego zeszłorocznej płyty One man madness. Czytaj dalej Wyjątkowo smętna smęta

Ja i ten Pan.

Dwa krótkie słowa. Americana w imię Szatana. W sumie to trochę więcej niż dwa, ale singiel, o którym mam zamiar napisać wart jest więcej niż dwóch słów i to nie tylko ze względu na miodność jaką, mimo wszystko, niesie ze sobą, ale także ze względu na kontrowersje otaczające premierę. Kontrowersje dotyczące przede wszystkim zmiany stylu przez czołowego polskiego satanistę, czyli Nergala. Mowa oczywiście o „My Church is Black” nagrane z Johnem Porterem pod szyldem Me and That Man. Czytaj dalej Ja i ten Pan.

Gdzież są niegdysiejsze core’y?

Czas najwyższy przelać na łamy Internetu swoje gorzkie żale związane z premierą singla „Doris” Suicide Silence. Zespół znany do tej pory z ciężkiego bicia nas po głowie i uprawiania muzyki, którą moja ukochana zwykła nazywać pieszczotliwie „cegłą w pralce” bądź „piłowaniem kaloryfera” jakiś czas temu obwieścił nam dumnie, że na najnowszym krążku znajdą się czyste wokale. Przez środowisko przemknął pomruk niezadowolenia, ci co bardziej nerwowi zaczęli wieszczyć rychły galop Czterech Jeźdźców, a ja czekałem cierpliwie, bo w przypadku takiego Whitechapel podobny eksperyment nawet się udał, a przynajmniej nie powodował krwawienia z uszu. Czytaj dalej Gdzież są niegdysiejsze core’y?

O Furii rzecz krótka

O „Księżyc milczy luty”, czyli najnowszym wydawnictwie zespołu Furia napisano już wiele, a i w branży wypowiedział się na jej temat praktycznie każdy. Co mi, jako człowiekowi, który z pasją wtrąca swoje trzy grosze do każdej dyskusji niespecjalnie przeszkadza. I zgodnie ze swoją pasją właśnie to mam zamiar uczynić. Czytaj dalej O Furii rzecz krótka

TOP Wszech Czasów 2017- dziesiątka Jędrka

Po Top 10 Adama i Szymona przychodzi czas na mnie, witam wszystkich tu Jędrek. Jako jednostka nie bardzo będąca w stanie podporządkować się regułom, stworzyłem swoje prywatne Top 11 i nijak nie byłem w stanie żadnego arcydziełka z tej listy wywalić, trudno więc, pozostanie wyjściowa jedenastka. Jedynym ograniczeniem jest to, że na liście może się znaleźć tylko jeden utwór danego wykonawcy. Kolejność w zasadzie przypadkowa, do dzieła! Czytaj dalej TOP Wszech Czasów 2017- dziesiątka Jędrka

Top Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Szymona

Stworzenie własnego zestawienia dziesiątki najlepszych utworów w historii jest nie lada wyzwaniem. Głównym problemem jest kryterium ich doboru- stopień skomplikowania, użyte harmonie, progresja akordów, osiągnięty sukces czy może po prostu personalne, sentymentalne upodobania? Jest to zaiste pytanie należące do gruntu filozofii muzycznej oraz temat rzeka na dalsze rozważania, jednakże na potrzeby tego artykułu postanowiłem przyjąć formę eklektyczną i połączyć wymienione przeze mnie elementy w jedną całość. Trójkowy TOP Wszech Czasów to twór na tyle specyficzny, że podejście do niego wymaga dokonania pewnych założeń. Co roku notowanie jest dość podobne (z niemal oczywistym już zwycięstwem Brothers in Arms zespołu Dire Straits oraz debiutem niektórych utworów Davida Bowiego), więc lista ta nie będzie jakoś radykalnie odbiegała od realnych „TOPów”, składając się tylko z pozycji, które już wcześniej się na nim znalazły. Żałuję, że nie będzie więc miejsca dla takich muzycznych tuz jak Tool albo Mike Oldfield (ze swoim słynnym Tubular Bells), ale ranking ma na celu pozostać tylko błagalnym, lecz w miarę racjonalnym wołaniem o jakiekolwiek zmiany w czołówce 1 stycznia 2017 roku.
Czytaj dalej Top Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Szymona

TOP Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Adama

Zbliża się koniec roku, co dla fana muzyki oznacza także głosowanie na TOP Wszech Czasów – zestawienie dorocznie robione przez radiową Trójkę, nieprzerwanie od 1994 roku. Oto moje propozycje do TOPu. Zanim jednak ktoś się zdziwi dlaczego nie wybrałem wszystkim znanych utworów, które są uważane za arcydzieła muzyki rockowej, muszę wytłumaczyć jaki był klucz doboru utworów przeze mnie. Ułatwił mi on wybór numerów, a także sprawił, że moje propozycje są bardziej zwróceniem uwagi na niedoceniane, moim zdaniem, utwory. Po pierwsze, ze względu na to, że w maju jest osobny Polski TOP Wszech Czasów, to nie brałem pod uwagę polskich wykonawców. Dalszym krokiem było odrzucenie piosenek, które były w ostatnim notowaniu – aby wyróżnić te, które uważam za niesłusznie pominięte. W dalszym ciągu jednak miałem problem z wyborem swojej dziesiątki. Wtedy postanowiłem, że należy wyróżnić te zespoły, które w ponad dwudziestoletniej historii TOPu nigdy nie miały szczęścia znaleźć się w notowaniu. Oto moja dziesiątka nieobecnych w zestawieniach. Osobiście zachęcam do głosowania na takie „zapomniane” numery, aby skład utworów z TOPu zmieniał się bardziej niż było to w ostatnich latach, gdzie około 80 piosenek ma już swoje stałe miejsce.

Czytaj dalej TOP Wszech Czasów 2017 – dziesiątka Adama

2005 YU55

coma

Wiele osób Comy nie lubi aktywnie, powodem jak mniemam jest dość prymitywny wizerunek zespołu, kojarzonego do tej pory z mocnym rockiem okraszonym tekstami lidera grupy Piotra Roguckiego. I choć najnowsza płyta to dzieło z tym wizerunkiem  jakby zrywające, to przewiduję, że wielkość bazy fanów ma raczej tendencję spadkową, paradoksalnie, bo 2005 YU55 to dojrzały, bardzo dobry album.

Czytaj dalej 2005 YU55

Ten gorszy brat „Nocy w Operze”.

Na początku 1975 roku stan finansowy Queen był opłakany. Pomimo całkiem niezłej sprzedaży albumu Sheer Heart Attack i komercyjnego sukcesu singla Killer Queen, zespół nie otrzymał dużej części należnego im wynagrodzenia ze sprzedaży. Wszystko to było spowodowane kruczkami prawnymi oraz przebiegłością ich dotychczasowego menadżera Normana Sheffielda. Dlatego też postawiono wszystko na jedną kartę nagrywając „A Night at the Opera”– dzieło na wskroś wybitne, wytaczające nowe horyzonty w ówczesnej muzyce rozrywkowej. Widząc sukces pójścia w takie klimaty, postanowiono stworzyć swoistą muzyczną kontynuację wydając w 1976 roku „A Day at the Races”.

Czytaj dalej Ten gorszy brat „Nocy w Operze”.